Książkoholizm
Mam na imię Kasia i jestem ksiązkoholikiem.
Zaczęło się już w dzieciństwie, właściwie kiedy tylko nauczyłam się czytać. Najpierw były książki dla dzieci – seria Poczytaj mi Mamo, czy wiersze Brzechwy. Następnie Kubuś Puchatek, Ania z Zielonego Wzgórza i cała Jeżycjada, a jeszcze później czytałam już jak popadnie, wszystkie książki, które znajdowały się w naszym domu.
Drugim kluczowym momentem w rozwoju mojego nałogu było odkrycie bibliotek – szkolnej i miejskiej. Każdą wolną chwilę, kiedy nie musiałam się uczyć, czy być w szkole, spędzałam z książką. Czytałam od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu książek miesięcznie, zwłaszcza w wakacje. Logicznym skutkiem był więc fakt, że wybrałam studia, na których czyta się więcej, niż na innych – filologię polską.
Pierwszy dzwonek ostrzegawczy pojawił się w liceum, kiedy jako jedyna w klasie zachwycałam się losami bohaterów Quo Vadis. Zignorowałam go jednak. Czytałam dalej, coraz więcej, poświęcając na to niemal cały swój czas.
Przystopowałam nieco, kiedy zaczęłam pracę, choć w dni, kiedy miałam mniej do zrobienia, także czytałam. Dla książek zarywałam noce, dla książek rezygnowałam ze spotkań towarzyskich, byłabym nawet w stanie zrezygnować dla nich z pracy, gdyby nie fakt, że na nowości, które pragnęłam mieć, potrzebne mi były pieniądze.
Drugim dzwonkiem ostrzegawczym był mój zachwyt nad Jerozolimą Wyzwoloną i Sofiówką. Miało to miejsce na trzecim roku studiów. Nieco się wystraszyłam i zrezygnowałam ze studiowania na jakiś czas. Książki jednak czytałam nadal, choć wybierałam już te bardziej współczesne.
Kiedy wydawało mi się, że mój nałóg książkowy nieco zelżał, wróciłam na studia. Skończyłam je, po czym zaczęłam pracę. Początkowo nie miałam w niej za dużo czasu na czytanie, a po powrocie do domu, byłam zbyt zmęczona, żeby jeszcze otwierać książkę. Wszystko zmieniło się, kiedy zostałam recepcjonistką w hotelu.
Jak wiadomo, recepcja hotelowa pracuje całą dobę, zatem zdarzają się też nocne zmiany. A nocna zmiana to zazwyczaj spokojna zmiana. Można wygospodarować sporo czasu na czytanie. Zaczęłam więc na nowo połykać książki. W pewnym momencie nadszedł jednak przesyt – żadna książka mnie nie pociągała, żadna nie krzyczała „kup mnie! przeczytaj mnie!”. Teoretycznie miałam wtedy największą szansę wyjść z nałogu. Ale nie…
Pewnej nocy stwierdziłam, że skoro naprawdę nie mam już co czytać, muszę coś sama sobie napisać. I zaczęłam pisać. Początkowo niewinnie, bloga o przygodach mojej kotki o imieniu Myszka. Później jednak sprawa się rozwinęła. Powstała książka na podstawie bloga, a kilka lat później kolejna, w zupełnie innej tematyce. I w ten oto sposób, pogłębiłam swój książkoholizm.
Obecnie, nie dość, że czytam jak najęta, to jeszcze piszę. Czy jest jeszcze jakaś szansa, żebym z tego wyszła? Żebym została statystycznym Polakiem, który czyta niecałą książkę (jedną!) na rok? Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że na ten moment nie mam siły walczyć z nałogiem, że jest on silniejszy ode mnie.
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz