BYĆ FIT



Zachciało mi się ostatnio być fit. Muszę przyznać, że pofolgowałam sobie nieco tej zimy i przybyło mi trochę objętości. No cóż, praca siedząca, ciastki i ruch jedynie w postaci krótkich spacerów z psem robią swoje. A tu wiosna za pasem i ani się człowiek obejrzy, nie będzie już opcji ukryć się pod grubym swetrem, czy sportową, zimową kurtką.

Z trzymaniem diety bywa u mnie różnie (ach te batoniki krzyczące do mnie ze sklepowych półek!), dlatego tym razem (tak, to nie jest pierwszy raz, gdy postanawiam być fit) postawiłam na ćwiczenia i ruch. Dwa lata temu, ćwicząc z sympatyczną panią z internetu, udało mi się znacznie zmniejszyć. Postanowiłam, że w tym roku to powtórzę. Pełna chęci i zapału rozplanowałam sobie kiedy co będę ćwiczyć. W planowaniu zawsze byłam dobra. W wykonywaniu planu już mniej…

Dzień po dniu wykreślałam ze swojej listy zadań punkt nr 1: poćwiczyć. No bo pracy za dużo, bo za późno wstałam, bo źle się czuję. W końcu jestem człowiek z branży kreatywnej – potrafię na poczekaniu wymyślić milion wymówek. Po miesiącu stwierdziłam, że to bez sensu. Zero efektu, nawet wyrzutów sumienia za te wykreślane punkty z ćwiczeniami nie miałam. Wymyśliłam sobie, że pójdę na siłownię.

Nie lubię siłowni. W życiu nie byłam, ale wiem, że nie lubię. Za dużo w nich ludzi, którzy mają lepszą kondycję ode mnie. I lepiej wyglądają. I nie sapią jak parowozy podczas wykonywania ćwiczeń. I nie kurwują pod nosem (a ja owszem, bo w domu mogę sobie pozwolić). I co ja, mała leniwa buła, miałabym tam przy nich robić. No nic. Nie ma opcji. Jeszcze bym się tylko denerwowała, że mi nie idzie.

Ale znalazłam rozwiązanie. W moim miasteczku jest jedno miejsce, które bardziej jest salonem spa z zabiegami na ciało, niż siłownią. Chociaż poćwiczyć na różnych urządzeniach tam też można. Odkryłam je co prawda jakieś trzy i pół roku temu, zaraz jak się otwarło, ale że proces decyzyjny u mnie musi potrwać, dotarłam tam dopiero w tym miesiącu.

Pewnego mroźnego wieczora nieśmiało weszłam tam i umówiłam się na konsultację na następny dzień. Oczywiście cały następny dzień myślałam głównie o tym, czy to warto, czy to ma jakikolwiek sens i czy nie lepiej zadzwonić i zrezygnować. Na szczęście dowaliło mi nieco pracą zawodową i nie zdążyłam nic zrobić. A że ja jestem człowiek kulturalny i jak się umawiam i nie zdążę odwołać, to idę, to poszłam. Zestresowana, pełna niepewności i wahań.

No i okazało się, że niesłusznie. Sympatyczna pani wypytała mnie o mnóstwo rzeczy, po czym zaproponowała kilka opcji. Wybrałam infrashaper, elektrostymulację i drenaż limfatyczny. Te dwa ostatnie, bo są na leżąco, a ten pierwszy, żeby nie było, że tak zupełnie bez ruchu.

Zaczęłam zatem od ruchu, czyli tego całego infrashapera. Fajne to, tylko czasem samo nagle przyspiesza. Przyznaję, nie byłam na coś takiego gotowa – prawie zleciałam, wydając przy tym sporo dźwięków, w tym także tych, uznanych za niecenzuralne. Po moim prawie upadku urządzenie zaczęło dziwnie skrzypieć, ale dzielnie dotrwaliśmy do końca. I ono i ja. Po półgodzinie stoczyłam się z niego, jak Bridget Jones z rowerka i z westchnieniem ulgi udałam się na kolejną atrakcję, czyli elektrostymulację.

Jak sama nazwa wskazuje, polega toto na stymulacji prądem. Miła pani podłączyła mnie zatem, a ja zaczęłam czuć lekkie prądu kopnięcia. Najpierw lekkie, a potem coraz mocniejsze i mocniejsze. Już chciałam panikować, bo mi się przypomniało, jak tata kupił kiedyś mamie taki pas stymulujący prądem mięśnie, ale się okazało, że felerny był i miał jakieś przebicie. Stymulował aż nadto. Ale zacisnęłam zęby, bo jak już się zdecydowałam (i zapłaciłam!) to szkoda nie wytrwać do końca. Wytrwałam.

Na koniec zostawiłam sobie drenaż limfatyczny, bo wydawał się najmniej inwazyjny i najprzyjemniejszy. I faktycznie, był taki, z tym że z dodatkiem mnóstwa śmiechu. Sympatyczna pani zaprowadziła mnie bowiem do gabinetu, w którym na kozetce leżały ogromne gumowe gacie. Wpakowała mnie w nie, pozapinała, coś podłączyła i gacie… zaczęły się pompować, skrzypiąc przy tym niemiłosiernie. Leżałam tam więc w tych dmuchanych gaciach i chichrałam się w duchu, bo na głos było mi jednak trochę wstyd. Nie wszyscy muszą przecież wiedzieć, że bawią mnie dmuchane gacie. Ale jak wiadomo, co dobre szybko się kończy, więc i gacie przestały się nadmuchiwać, a ja musiałam się zebrać.

Jednak tak bardzo mi się to całe zamieszanie spodobało, że umówiłam się na kolejne. I tak już od miesiąca chodzę, uważając, żeby nie spaść z żadnej maszyny i nie chichrać się zbyt głośno z nadmuchiwanych gaci.

Jak to fajnie, że próbując być fit, można się do tego jeszcze nieźle pośmiać ;)


Komentarze